KAMILA PANASIUK: ”KOLARSTWO TO SPORT DLA LUDZI Z CHARAKTEREM I WYOBRAŹNIĄ”

Udostępnij dalej:

Większość rowerowego Świata zna Kamilę Panasiuk – autorkę bloga cyclingmagic. Jeździ rowerem w otoczeniu pięknych widoków, a w międzyczasie robi zdjęcia. Dowiedzcie się więcej o pasji kolarza, podróżnika i fotografa w jednej osobie. Udało mi się chwilę porozmawiać i otrzymać wyczerpujące odpowiedzi!

 

Wysportowani: Jakiś czas temu zauważyłem Twoją pasję 2 w 1. Jeździsz na rowerze i przy okazji robisz zdjęcia. Opowiedz mi, jak to się wszystko zaczęło?

Kamila Panasiuk: Chyba w grudniu 1987 roku. Innej, konkretnej daty, ani precyzyjnego czasu nie jestem w stanie podać 🙂 Wiem natomiast, że od zawsze lubiłam tworzenie czegokolwiek, co wiąże się z estetyką (taką „po mojemu”) i szeroko pojętą sztuką, choć moje dzieła raczej się nie zachowały 🙂 Wszystko zrodziło się z odczuwania czystej, niczym niezmąconej ludzkiej potrzeby i wrażliwości na niuanse, szczegóły, czyli jakby znikąd. Nie przypominam sobie, by ktoś w naszej rodzinie, oprócz babci, która potrafiła szyć i rysować, miał większy talent do sztuk pięknych lub darzył je szczególnym uwielbieniem. Nie jestem też absolutnie dzieckiem, którego ojciec, czy dziadek miał w domu ciemnię, w której mogłam przesiadywać całymi dniami i zgłębiać tajniki fotografii analogowej.
Pamiętam jednak swoje pierwsze zdjęcie. Są na nim mazurskie sosny w mojej ukochanej wsi. To był 1997 r. i byliśmy wtedy pod namiotem nad Jeziorem Nidzkim. Wykonawcę, czyli poczciwego Zenita, uratowałam przed wyrzuceniem i leży u mnie w szafie wraz z chyba siedmioma innymi aparatami. Zdjęcia, sosny, Mazury, przyroda, nuda na warszawskich przedmieściach. To popchnęło mnie w kierunku żeglarstwa, którym zajmowałam się do początku studiów i nawet zrobiłam uprawnienia wyższe niż podstawowe. Bardzo chciałam mieć stronę internetową, na której mogłabym pisać o swoich morskich przygodach. Wygrałam nawet rejs w konkursie literackim. Przez długie projektowanie tej strony zajęłam się grafiką, a od niej było już blisko do profesjonalnej fotografii.

A rower? Rower jest dla mnie czymś oczywistym. Mieszkaliśmy na obrzeżach Warszawy, na wakacje jeździłam do babci na wieś. Wtedy rower na podwórku miał prawie każdy, nawet jak jeden na 5 osób. Dopiero jak poszłam na studia dowiedziałam się, że są ludzie, którzy w ogóle roweru nie mają i na nim nie jeżdżą. Naprawdę! Pod domem mieliśmy fajny las i od kiedy dostałam na komunię różowego Rometa z terenowymi oponami, spędzałam tam większość swojego wolnego czasu, a tego dzieciom jeszcze z mojego rocznika raczej nie brakowało. Można śmiało uznać, że kolarstwo wzięło się z nudów i poszukiwania towarzystwa do wspólnych przygód, spędzania czasu i wymiany myśli.

Z komunią wiąże się też taka historia, że dwa kółka najpierw dostała moja siostra bliźniaczka. Ja patrzyłam jak ona wskakuje na tą zieloną, błyszczącą ramę, a drugim okiem rozglądałam się dookoła gdzie jest mój rower, ale dla mnie prezentu nie było. Kilka dni później kupiono mi jednak różowego Rometa. Moja siostra nie zaraziła się kolarstwem. Namawiam ją do dziś, by jednak zechciała jeździć. Obecnie intensywnie myślę nad tym gdzie zabiorę na pierwszy rower jej miesięczną córkę. O ile oczywiście dziewczynka wykaże się chęciami, a rodzice zgodzą, to chciałabym ją zachęcić do tego sportu. Dalsza historia wszystkich innych rowerów i szosy jest tak długa, że oszczędzę fatygi słuchania. Na pewno jest o tym trochę na blogu.

Wysportowani: Można się dowiedzieć, że uważasz kolarstwo za coś magicznego. Jak mam to dokładnie interpretować?

Kamila Panasiuk: Kolarstwo to sport dla ludzi z charakterem i wyobraźnią, ale i pokorą. Można dosłownie zajść na szczyty lub kompletnie się upodlić. Mój blog ma tytuł „Magia kolarstwa”, a nie „Magia roweru”, więc nie mówię o jeżdżeniu po bulwarze, czy, jak to się mówi, po bułki. Rower jest osiągalny dla każdej osoby, która w miarę odróżnia stronę prawą od lewej, czyli to czysta rekreacja, podczas której raczej nic nas nie zaskoczy. Natomiast ja mam na myśli pokonywanie dłuższych dystansów w różnych warunkach pogodowych i terenowych.
Magii takiego zjawiska nie da się opisać ot tak kilkoma słowami. To styl życia, jak i w wielu przypadkach, w tym moim, niespełnione marzenia, więc i sentyment większy. Większość ludzi nie wyobraża sobie przejechania 100km po płaskim. Podobnie jak nie może zrozumieć, że ośnieżone szczyty można mieć niemalże w zasięgu ręki. Dlatego też jedynym możliwym sposobem na poznanie definicji tej magii jest pojeżdżenie w górach, popatrzenie na szczyty, pobycie w samotności. Czasem nawet trzeba siedzieć tam w przerażeniu towarzyszącemu pytaniom „którędy do domu” i „czy z tej chmury będzie padać?”. Pomoże na pewno też utrata sił na podjeździe, czy adrenalina przy szybkim zjeżdżaniu i ogólne wrażenia z obcowania z przyrodą. A jeśli przy okazji pozna się osoby, które lubią robić to samo i później opowiadać sobie co zobaczyły i przeżyły na każdej z przełęczy, to z wiedzy o magii kolarstwa można dostać piątkę. Poza tym gdzie można spotkać tylu wesołych, zgrabnych i wysportowanych ludzi o gładkich nogach? Nigdzie, prawda?

Wysportowani: Dużo podróżujesz, dosłownie wszędzie zabierasz ze sobą rower. W jaki sposób zrodziła Ci się pasja do podróżowania?

Kamila Panasiuk:Właściwie teraz podróżuję już dużo mniej niż kiedyś w czasach studiów. Mocno pracuję nad tym, by to zmienić, bo lista miejsc, gdzie chciałabym jechać jest jeszcze dalej długa. A skąd się to wzięło? Tak jak mówiłam, na początku było żeglarstwo i chęć wyrwania się z domu, a morza bywają odległe, szczególnie, że nigdy nie pływałam po Bałtyku. Nie lubię siedzieć w miejscu. Nuda, rutyna i powtarzalność mnie męczą. Niszczą kreatywność i chęć do życia. Radość z poznawania tego co i kto jest za rogiem zawsze zwyciężała. Pisałam trochę o tym w jednym z wpisów na blogu, że warto sięgać nawet po drobne atrakcje, które mamy w swojej okolicy, w sąsiedniej wsi, gdzieś w bocznej uliczce. Iść z psem do innego parku niż zawsze. Jeśli akurat dalekie podróże nie są nam w tej chwili pisane, to trzeba szukać czegoś tutaj. Nie mogę jednak powiedzieć, by podróżowanie było moją pasją. Nie mam żadnego wyzwania odhaczania krajów, choć byłam w prawie 30. Zwyczajnie lubię nowe rzeczy i miejsca. Widzieć, przyglądać się, czuć, wspominać, fotografować. Z codziennej, tej samej drogi do pracy, czy identycznej drogi nad basen w hotelu, raczej nie będziemy mieć wspomnień wartych napisania książki. Choć amatorów słuchania ile i za ile ktoś nad tym basenem wypił pewnie też nie brakuje.

 

Wysportowani: Prowadzisz własnego bloga cycling magic. Co mogą na nim znaleźć czytelnicy?

Kamila Panasiuk:Mamy mnóstwo stron i blogów, które można zamknąć w słowach: „Pojechałem na wyścig, urwali mnie, trzeba trenować więcej” plus podanie paru cyferek albo „Gran Canaria, ładnie, ale drogo, szkoda, że byłem tylko tydzień, ale orka”. Miejsc z opisem okołostartowych przygód, w dodatku często fenomenalnym językiem, jak u Sławka Nicińskiego w jego „Master of disaster” nie ma wiele. Podobał mi się też taki humorystyczny i nieco zawadiacki styl pisania Przemka Zawady i Maćka Hopa. Innych nienudnych blogów nie jestem w stanie znaleźć. Na tej podstawie uznałam, że warto spisywać swoje myśli, bo w jakiś sposób moje patrzenie na świat się wyróżnia. Kolega mi raz powiedział, że powinnam mieć dyktafon na kierownicy, to teksty zyskałyby lepszy styl, a czytelnicy regularnie opluwaliby monitory ze śmiechu. Chyba naprawdę zacznę to zapisywać, bo pamięć już nie taka.

Mój blog zaczyna się w momencie jak kupiłam rower szosowy. A właściwie pożyczyłam od kolegi. Wtedy rozpoczął się nowy, bardzo fajny rozdział w moim życiu. Nagle można było pojechać gdzieś dalej i większej grupie osób, choć teraz jeżdżę głównie sama lub w 3-4 osoby. Na pewno chciałam mieć miejsce, w którym będę mogła opisać swoje przeróżne przygody i przemyślenia, szczególnie, że styl moich wypowiedzi był już wcześniej doceniany. Obecnie pracuję nad finalnym podsumowaniem 2,5 miesięcy w Calpe. Dużo czasu już minęło, a ja ciągle nie zebrałam do kupy tych wszystkich zdjęć i anegdotek, jak i pewnych oczywistych trudności, które towarzyszą wyjazdom solo. Słowo „magia” miało mieć tu też inny wydźwięk: coś dziwnego, niespotykanego, co nie zdarza się często innym ludziom, ale też ujętego w sposób dość prześmiewczy i sarkastyczny, bo czasem fajnie jest pośmiać się samemu z siebie. Takie miejsce w sieci, połączone z profilem na Facebooku i Instagramie, na pewno pomaga mi poznawać osoby, z którymi mogę później zrobić coś wspólnego. Dzięki swojej aktywności, kiedy pojechałam sama do Calpe prawie na całą zimę, już drugiego czy trzeciego dnia poznałam grupę osób z Polski i teraz do Andaluzji jedziemy już razem. Po resztę zapraszam na www.cyclingmagic.cc


Wysportowani: Moim zdaniem podróże to wolność, poznawanie nowych miejsc, odłączenie się od szarej codzienności. A jak to wygląda u Ciebie?

Kamila Panasiuk:Staram się tak zarządzać swoim życiem, by pewną wolność czuć na co dzień, a nie tylko od święta. Podróż dla mnie nie jest więc typowym zerwaniem się ze smyczy: czyli hulaj dusza i żyjemy przez 2 tygodnie w roku, a potem znowu mentalny marazm. Z racji na bycie fotografem, moja codzienność nie jest też znowu taka szara, bo choć lubię zdjęcia czarno białe (klienci mniej), to w monitor patrzę zazwyczaj kolorowy 🙂 Czy podróże to tylko nowe miejsca? U mnie chyba nawet nie one były najważniejsze, a ludzie, których tam poznawałam i z którymi mogłam spędzać czas, czy w ogóle porozmawiać. Byłam bardzo samotnym, nierozumianym dzieckiem, które swoimi wyobrażeniami, marzeniami i potrzebami kompletnie nie pasowało do miejsc, w których żyło. A w dodatku nikt nie miał tam dla mnie czasu, więc musiałam szukać szczęścia gdzie indziej. Takie rzeczy potrafią ciągnąć się za człowiekiem i później też przez wiele lat nie miałam nikogo bliskiego z kim mogłabym dzielić się myślą i refleksją, a co dopiero jechać w podróż, więc jeździłam sama. Siedzenie na plaży przez tydzień kompletnie mnie nie interesowało. Potrzebowałam wrażeń, krajobrazów innych niż kolejka podmiejska i dźwięków różnych od ciszy i pustki domu. Kończyło się to różnie. Oprócz ładnych zdjęć, mam przecież też wiele gorzkich wspomnień z różnych części Europy. A, że obok była ładna plaża, to nie ma to żadnego znaczenia. Dopiero rower pomógł mi znaleźć ludzi, z którymi w końcu coś mnie łączy, bo choć wśród kolarzy nie każdy ma ochotę stanąć i popatrzeć na szczyty, czy porobić zdjęcia lub wykazać się jakąkolwiek spontanicznością, to i tak udaje mi się poznawać ludzi o podobnym spojrzeniu na świat i sam rower.

Wysportowani: Można zauważyć, że jeździsz szosówką dla samej frajdy. Czy planujesz w przyszłości przygodę ze ściganiem?

Kamila Panasiuk: Wiesz… jeśli moja wspominana siostrzenica mnie podpatrzy i będzie chciała zostać kolarką, to chyba i ja będę musiała gdzieś wystartować…

A tak na poważnie, na moim blogu jest opisane z jakimi problemami zdrowotnymi się zmagam, więc w sporcie, nawet amatorskim, raczej już nigdy nic nie osiągnę bez ponoszenia ogromnych kosztów. Wolę robić to, co wychodzi mi dobrze, czyli rozwijać fotografię i pisanie, albo nie robić tego wcale, uniknąć frustracji i kolejnych rozczarowań. Mam mnóstwo zajęć, interesuje mnie dużo rzeczy, sporo książek wciąż czeka na przeczytanie, a mój jamnik musi być codziennie najmniej godzinę na dworze. Nie ma w tym wszystkim czasu na treningi, dojazdy na wyścigi, szukanie noclegów, pilnowanie posiłków. Nie lubię schematów i nie chce być zamknięta w żadnym w nich.

Na wszystko był już czas. Jak miałam 17 lat wystartowałam w pierwszej Mazovii. Poprosiłam rodziców, by po mnie przyjechali i zrobili mi zdjęcie, jak przejeżdżam przez metę. Spóźnili się pół godziny. A wraz z koleżanką pojechałyśmy na ten maraton po raptem 2 jazdach tamtego roku, gdyż był to kwiecień. Wyobraź sobie jaki to był dla nas wysiłek, by przejechać trasę i jak ważne, by mieć to zdjęcie. Takie wydarzenia zniechęcają. Nieodpowiednio dobrany trening, o którym pisałam też na blogu, również zrobił swoje. Chyba nie potrzebuję dodatkowych obowiązków i patrzenia w Garmina, jak dookoła jest tyle fajnych rzeczy. Czy to na treningu, czy na wyścigu. Ale górskie odcinki TdF chciałabym przejechać jeden po drugim, bo kolarstwo zawodowe uważam za najfajniejszy sport świata. Amatorskie już mniej.

Choć jak wróciłam z Calpe, to miałam tyle siły, że o ściganiu nawet czasami myślałam. A potem naderwałam więzadła. To chyba był znak, by zostać przy kolarstwie romantycznym i w nadchodzącej zimie swobodnie zwiedzać sobie Andaluzję. Masz pojęcie ile tam jest zakątków do sfotografowania? I ile czasu będę potrzebowała na opisanie szczegółów każdej mozaiki na domach? Przecież na treningu czy wyścigu widzi się tylko przednie koło. O ile ktoś jedzie się ścigać, a nie pokazać, że był. A człowiek jak już i tak widzi dużo więcej niż to, na co pozwala samo pospolite patrzenie, to chce widzieć jeszcze więcej.

The following two tabs change content below.

Paweł Blicharski

19 letni założyciel najszybciej rozwijającego się portalu rowerowego w kraju (wysportowani), drużyny kolarskiej WRT, marki odzieżowej Pablo Wear, aplikacji mobilnej weight under control, i agencji interaktywnej. W trakcie pisania swojej pierwszej książki pt ”21 wiek choroba przeciętności” Uważa, że wiek nie jest barierą w rozwijaniu swoich pasji, i można osiągnąć dosłownie wszystko o czym się marzy.