POLAND BIKE XC NA KOPIE CWILA – RELACJA

W tym roku ekipie Grzegorza Wajsa powierzono organizację Mistrzostw Polski w kolarstwie górskim w odmianach XCO (cross country) oraz XCR (sztafeta drużynowa). Zanim to jednak nastąpi my, amatorzy, mogliśmy się po raz kolejny przekonać, jak w tej formule odnajduje się, jako organizator, Poland Bike przy okazji zawodów XC na warszawskiej Kopie Cwila. 

Już trzeci rok z rzędu Poland Bike rozstawia swoje miasteczko zawodów pod Kopą Cwila. W poprzednich latach Kopa zdobywana była w październiku, po zakończeniu zasadniczego sezonu maratonów. Tym razem udało się zaprosić zawodników już w maju. Od kilku dni pogoda przestała (przynajmniej na Mazowszu) pokazywać nam środkowy palec i zaczęło się robić naprawdę ciepło i przyjemnie. Biorąc pod uwagę takie okoliczności przyrody i fakt, że zawody odbywały się 5 kilometrów od domu, grzechem byłoby nie wziąć w nich udziału. Rower chyba nie do końca był zadowolony z takiej decyzji, bo fochował się dwa dni przed startem, strasznie wymyślając nowe awarie. Szczęśliwie sytuację udało się opanować.

Niebo w niedzielny poranek uśmiechało się do kolarzy i swoim błękitem informowało, że pasmo idealnej pogody tego dnia się nie skończy. Taka pogoda cieszy. Cieszy tym bardziej kogoś takiego jak ja, kto pierwszy raz miał startować w takiej formule. Bardzo byłem ciekaw, jak to wyjdzie. Zawsze uważałem siebie za typ „Lokomotywy” Tuwima. Sporo czasu zawsze zajmowało mi wejście na obroty, ale potem już para buch, koła w ruch. Tym razem miało być krócej i intensywniej. Majowy Poland Bike XC wydawał się idealny do sprawdzenia się w takiej formie. Znam Kopę Cwila od dzieciństwa i wiedziałem, że o ile organizator wcześniej nie zaczął solidnej przebudowy na terenie Ursynowa, to technicznie trasa nie powinna sprawiać żadnych kłopotów. Cała trasa to pięć okrążeń po 3.5 kilometrowej rundzie. 

Rozgrzewkę stanowiła droga na zawody i dodatkowo zrobienie jednego kółeczka, żeby zapoznać się z trasą. Na miejscu, jak zwykle, wszystko przygotowane perfekcyjnie. Opłacenie startu i rejestracja w biurze zawodów przebiegła błyskawicznie. Chętni mogli skorzystać z masaży przed samym startem. Następnym razem może zaryzykuję. 

W samym miasteczku udało mi się nareszcie osobiście spotkać kolegę z drużyny Wysportowani Racing Team – Pawła Szewczyka. Jest coś pierwotnego w ludzkiej psychice, że w takim miejscu widok kogoś ubranego w te same plemienne barwy raduje serducho mocniej.

Odliczanie do startu rozpoczęto punktualnie. Ustawiony byłem w II sektorze, który de facto był III i IV sektorem z maratonów. Późne wejście do sektora spowodowało, że ustawiony byłem w jednej z ostatnich linii. Na maratonach, które nie składają się z samych singli i które z definicji trwają dłużej nie ma to aż tak wielkiego znaczenia. Tutaj, przy znacznie krótszym czasie, zdecydowanie już tak. Jest lekcja i nauczka na przyszłość. 

Fot. Zbigniew Świderski / LOTTO Poland Bike

Analizując potem wyniki okazało się, że pierwsze kółko było zdecydowanie najwolniejsze. Wynikało to w dużym stopniu z lekko asekuracyjnej jazdy na pierwszym okrążeniu oraz z ustawienia w sektorze. Start z ostatnich linii skazuje na jechanie tempem ludzi przed Tobą i wyprzedzanie gdzie się da. A wyprzedzać na tej trasie można było bez problemu, ale też nie zawsze. Wiem, że piszę tutaj o oczywistych oczywistościach, ale tak wyglądała moja chłodna analiza. 

Po pierwszym kółku stawka porozrywała się i na trasie dookoła mnie było znacznie więcej miejsca. Dodatkowo udało się wyprzedzić pierwsze osoby i wypracować dobrą pozycję na dalszą jazdę. Pierwsze kółko potwierdziło, że z technicznego punktu widzenia, trasa nie była zbyt dużym wyzwaniem. Ktoś o nieskazitelnej technice mógł urwać pojedyncze sekundy, ale zdecydowanie dominującym czynnikiem była tutaj bardzo mocna noga. Większość trasy to ścieżki z kilkoma zakrętami wytyczone przez tereny położone wokół Kopy Cwila. Najciekawszy fragment to samo wzniesienie. W początkowej fazie trzeba było się na nie wspiąć długim podjazdem. Potem po dwóch krótkich zjazdach trzeba było rozprawiać się z serpentynami poprowadzonymi po zboczu wzniesienia porośniętego zieloną, soczystą traw. O trawie wspominam dlatego, że przejeżdżając przez nią za każdym razem cieszyłem się, że rankiem wziąłem leki na alergię. Gdyby nie to, to pewnie bym miał smarowanie łańcucha na bieżąco.

Fot. Zbigniew Świderski / LOTTO Poland Bike

Kolejne kółka, gdy już orkiestra w mięśniach grała równo, poszły bardzo dobrze. Najlepszy czas wykręciłem na czwartym powtórzeniu. Za wyjątkiem ostatniego okrążenia to każde kolejne kółko oznaczało przyspieszenie i przesuwanie się do przodu. Dodatkowym czynnikiem motywującym była żona i dzieci, które kibicowały twardo na trasie. Dla najbliższych to też inne wrażenia, bo mogli zobaczyć ojca kilkukrotnie w ciągu krótkiego wyścigu. Na maratonie widzą go jedynie na starcie a potem czeka ich trzy godziny oczekiwania. 

Na metę wjechałem z łącznym czasem 00:44:48. Dało mi to 25/83 miejsce. Zawsze może być lepiej, ale skłamałbym mówiąc, że mnie taki wynik nie cieszy. Na 40. miejscu wyścig ukończył Paweł Szewczyk z Wysportowani Racing Team. W temacie pozostałych wyników, cytując stronę organizatora:

„Poland Bike XC na trasie MAX (5 rund x 3,5 km) najszybciej pokonał Marcin Michalczewski, drugi był Grzegorz Marcinkiewicz, a trzeci Lukas Weiß. Wśród kobiet wygrała Ada Stępniewska, drugie miejsce zajęła Basia Kleczaj, a trzecie Katarzyna Kowalska Vel Skura

Reasumując, były to kolejne bardzo dobrze przygotowane zawody. Ekipa Grzegorza Wajsa jak zwykle spisała się na medal. Bonusem takiej formy ścigania jest to, że kilka razy jednego dnia można przejechać przez prostą startową i usłyszeć Bogdana Saternusa 🙂

Fot. Zbigniew Świderski / LOTTO Poland Bike

 

 

 

 

 

The following two tabs change content below.